Koszmary Luizy były nieodłączną częścią
jej życia, ale to co działo się w jej snach teraz, było zbyt frustrujące. Stale
powtarzająca się wizja płaczącego dziecka nie dawała jej funkcjonować jak
dawniej. Czuła jakby spoczywał na niej jakiś obowiązek dowiedzenia się co to
może być za dziecko, które przez sen, jakby prosiło ją o pomoc. Postanowiła
dowiedzieć się czegoś więcej o rodzinie, która nagle zniknęła z chatki pod lasem.
Nakarmiła kota i bez wahania zdecydowała zabrać klucze i wsiąść w auto, aby
odwiedzić ludzi z wioski i przeprowadzić pewnego rodzaju śledztwo. To był ciemny,
grudniowy dzień. Śnieg zaczął sypać, okrywając wszystko dookoła białą peleryną.
Kiedy Luisa była już w drodze, a miała przed sobą jeszcze pięćdziesiąt
kilometrów, zerwała się ogromna zamieć śnieżna. Śnieg z deszczem sypał prosto
na przednią szybę auta, tak że w ogóle nie było widać drogi. Luisa jadąc sama
pośród lasów bała się, że dzisiaj nie dotrze do celu. Lokalne radio podawało
informację o wichurach, które spowodowały pierwsze szkody, zerwane linie
elektryczne i zwalone drzewa. Padało coraz mocniej. Teraz już kobieta była za
na samą siebie, że przyszło jej do głowy ruszać się z domu w taką pogodą, kiedy
grudzień coraz bardziej dawał się we znaki. Zwłaszcza, że zawsze kiedy ogładała
straszne filmy, śmiała się raczej z jego bohaterek, z tych ładnych blondynek, które
nigdy nie boją się niczego, jakby były uzbrojone w najlepszą broń i przeszły
dziesięć kursów samoobrony i jak usłyszą jakiś stukot w piwnicy, schodzą na dół
nieustraszone, po czym odkrywają coś brutalnego, albo same zostają zaatakowane.
I nasuwało jej się jedno pytanie: “i po co tam schodziłaś głupia?” Ale teraz
kiedy prowadząc auto, zauważyła przed sobą wielki konar drzewa przecinający
drogę, pomyślała, że sama jest chyba jedną z tych naiwnych kobiet, które udają
nieustraszone i mimo niebezpieczeństwa brną w ryzyko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz