środa, 16 stycznia 2019

Zimowe noce 10


Hace cincuenta años, en el crudo invierno, por la tarde, mis abuelos se preparaban para ir a acostarse. Y como por todas las noches iban a dar un beso de buenas noches a todos sus cinco hijos, que dormían en una habitacíon. Cada noche la familia rezaba con fervor en pequeñita habitación de chicos. Los abuelos eran humildes, el abuelo, todos los días,  trabajaba como un reloj, era zapatero. La abuela cuidaba de la casa y de los hijos. Eran pobres pero felices, especialmente que, últimamente vino al mundo sus sexto hijo- pequeñita Gertrude. Esta noche inolvidable cuando ya terminaron de rezar, empezó la tormenta de nieve. Afuera de la ventana no se podía ver nada fuera de remolinos de nieve. Todo alrededor de la casa era blanco. La familia, sobre todo en los momentos así, estaba agradecida a Dios por el abrigaño y que tienen el uno al otro. 

De repente en la casa se podía sentir el correinte de nieve y el frío, como si alguien abriera todas las ventanas en la casa. La abuela se fue al dormitorio, donde dormía en la cuna pequeñita Gertrude de dos meses. Y luego, desde el dormitorio se oyeron gritos:

- ¡¡¡Gertrude desapareció!!! ¡¡¡Mi niñita desapareció!!! 

La abuela se echó a llorar. Mi abuelo con sus hijos se pusieron de pie de un salto y en el dormitorio encontararon la ventana abierta y la abuela que llora sobre la cuna vacía.
Aquel día alguien entró en la casa y secustró al niño. Desde esos días, la abuela se volvió loca. Nunca más se recuperó de perder a su Gertrude peqeña...

- Lo que era raro y no se podía explicar, es lo que dices tú Luisa- interumpió Alexy-

desde el día en que Gertrude desapareció, en cabaña de los abuelos ocurrieron las cosas paranormales. Por la noche se oyían los gritos del niño, los objetos caían desde mueblos, diferentes cosas aparecían en la casa y desaparecían, movían desde un lugar a otro. Y nadie podía explicarlo...Los abuelos invitaron a la casa a un cura de una parroquia cercana para exorcisar la casa pero ni siquiera eso ayudó…Una noche, el espíritu que vivía en esta casa, decidió deshacerse de toda la familia. Cuando todo el mundo dormía, en la casa se abrieron todas la ventanas y las puertas, un gran viento vino y todos los objetos volaban por los aires, oyeron también el llanto del niño. Toda la familia saliera de la casa y nuca voví. Esa fue la última noche en esta cabaña.

Zimowe noce 9


Wchodząc do domu, poczuła jak powoli dochodzi do siebie, ciepło bijące z kominka rozgrzewało zmarznięte dłonie Luizy. Domek był cały drewniany, w salonie przy kominku stała żywa choinka, a na ścianach wisiało pełno starych, czarno-białych portretów przedstawiających szczęśliwe młode małżeństwa w dniu swojego ślubu. Z pewnością są to przodkowie mężczyzny, który tu mieszka. Salon był przepełniony książkami, regały pięły się pod sam sufit, pokój wyglądał jak mała, przyjemna biblioteka. Były też schody, prowadzące do góry oraz wyjście na taras. W powietrzu unosił się przyjemny leśny zapach bijący od choinki. Na dodatek w domu znajdował się również pies rasy border collie, tak że wszystko wydawało się Luizie jakby z amerykańskiego snu.
-Napijesz się czegoś?- przerwał milczenie mężczyzna
-Chętnie…- odpowiedziała niepewnie Luiza
Po chwili Luisa i, jak się okazało, Aleksy, usiedli w salonie przy kubkach gorącej czekolady.
Luisa opowiedziała mężczyźnie całą swoją historię związaną z dzieckiem, które nawiedza ją swoim płaczem oraz domem nieopodal lasu i rodzinie, która nagle zniknęła… Mężczyzna słuchał kobiety nie przerywając jej. Kiedy skończyła, Aleksy chwycił Luizę za dłoń i poprowadził ją do ściany, gdzie wisiały wszystkie te tajemnicze portrety.
-Widzisz tę parę u góry, od lewej? To moi dziadkowie. Mieszkali w chatce pod lasem. Mieli dzieci i wiedli spokojne życie. Ale pewnego zimowego wieczoru, jak ten, w rodzinie zdarzyła się tragedia… Luisa usłyszawszy te słowa czuła jak dreszcz przechodzi przez całe jej ciało. Nie mogła uwierzyć w to, że los przyprowadził ją tutaj, do mężczyzny, który zaraz rozwiąże jej zagadkę…